W mitologii stajnia Augiasza była symbolem miejsca przesiąkniętego brudem, którego przez lata nikt nie chciał oczyścić. Coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że podobny mechanizm działa dziś w części lokalnych mediów Stalowej Woli.

Zamiast pluralizmu mamy jednolity przekaz, zamiast niezależnej kontroli władzy – powielanie oficjalnej narracji magistratu, a zamiast pełnego obrazu rzeczywistości – te same zdjęcia i selektywne przemilczenie.

W Stalowej Woli działa kilka portali informacyjnych, dwie telewizje oraz miesięcznik „Sztafeta”, który jest własnością miasta (dawniej jako „Socjalistyczne Tempo”, oficjalny organ propagandowy PZPR). W efekcie mamy dziś spójny system przekazu, w którym dominuje narracja instytucjonalna, gdzie władza samorządowa staje się głównym punktem odniesienia w niektórych przekazach.

Dobrym przykładem są ostatnie obchody 82. rocznicy niemieckiej obławy na konspiracyjną bazę Kedywu Armii Krajowej krypt. „Górka” w Rozwadowie. Tylko jedna telewizja „Stella TVK” zadała sobie trud przedstawienia obiektywnie tego wydarzenia, wszystkie inne główne media przedstawiły niemal identyczny obraz obchodów: prezydent Lucjusz Nadbereżny (PiS) składający wieńce i wygłaszający oficjalny przekaz. Powtarzalność zdjęć i jednolitego tekstu wskazuje nie na przypadek redakcyjny, lecz wzorzec komunikacji, w którym źródłem informacji staje się przede wszystkim prezydent miasta.

Szczególnie wymowny był tytuł artykułu opublikowanego przez Sztafetę: „Stalowa Wola pamięta o bohaterach AK z rozwadowskiej Górki”. Problem w tym, że tekst nie opisuje całej wspólnoty mieszkańców ani wszystkich środowisk pielęgnujących pamięć o Armii Krajowej. Relacjonuje tylko działania władz samorządowych, tj. prezydenta miasta i wysłannika z rady powiatowej.

To charakterystyczny mechanizm komunikacji lokalnej, którzy starsi pamiętają z PRL: działania administracji przedstawiane są jako wyraz woli całej wspólnoty. Tymczasem samorząd nie jest właścicielem miasta ani monopolistą pamięci historycznej. Prezydent jest jedynie czasowym przedstawicielem administracji publicznej, a nie uosobieniem zbiorowości mieszkańców. Sformułowanie „Stalowa Wola pamięta” w takim ujęciu staje się nie opisem rzeczywistości, lecz jej zawłaszczeniem.

Czego nie pokazały media

Tymczasem tego samego dnia w Rozwadowie odbyły się również uroczystości o charakterze obywatelskim i oddolnym. Uczestniczyły w nich rodziny poległych żołnierzy Kedywu, harcerze SHP oraz ZHR, uczniowie Społecznej Szkoły Podstawowej nr 1 im. Armii Krajowej, mieszkańcy, goście spoza miasta oraz środowiska od lat pielęgnujące pamięć o podziemiu niepodległościowym. Odprawiona została Msza Świętą, była warta honorowa i wspólna modlitwa przy miejscach pamięci.

Tego obrazu lokalne media nie pokazały. W relacjach wszystkich portali dominowała wyłącznie warstwa oficjalna, podczas gdy wydarzenia oddolne zostały całkowicie pominięte. W efekcie powstaje niepełny obraz rzeczywistości, w którym pamięć społeczna zostaje zawężona do instytucji władzy.

Jak wspomniałem wyżej, tylko telewizja Stella TVK zadała sobie trud zrobienia rzetelnego materiału z tak ważnego wydarzenia (zobaczysz go TUTAJ).

Winni ci z Kedywu…

To co widzimy w mediach w ostatnich dniach to nie jest to przypadek odosobniony, lecz element szerszego mechanizmu. Fundacja KEDYW już kilka lat funkcjonuje poza oficjalnym obiegiem lokalnej polityki pamięci. Powodem jest jej krytyczne stanowisko wobec upamiętnienia komunisty Zdzisława Malickiego – wieloletniego działacza aparatu PRL i byłego dyrektora Huty Stalowa Wola, który w mediach zgodnie z oficjalnym przekazem władz przedstawiany był bezkrytycznie jako lokalny bohater. Warto przypomnieć, że IPN Oddział w Rzeszowie w oficjalnym piśmie z 2 listopada 2023 r. wskazał, iż Malicki jest uznawany za osobę symbolizującą komunizm w rozumieniu ustawy dekomunizacyjnej. Mimo to w przestrzeni publicznej miasta doszło do jego upamiętnienia poprzez nadanie imienia ulicy oraz instalację tablicy w formie pomnika. Dziś krytyka tej decyzji zostaje piętnowana, a działania fundacji kwestionującej te decyzje spowodowały, że znajduje się dziś poza oficjalnym obiegiem medialnym.

„Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewien, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie” – Józef Cyrankiewicz, 1956 r.

W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera również funkcjonowanie Fundacji KEDYW w przestrzeni miejskiej. Pod koniec 2025 roku Fundacja została pozbawiona lokalu w budynku administrowanym przez miasto, mimo że od lat prowadzi działalność dokumentacyjną i gromadzi zbiory związane z historią Armii Krajowej dla Muzeum Kedywu, które dziś de facto jest własnością miasta. Formalnie decyzja miała charakter administracyjny, jednak naszym zdaniem wpisuje się w ciąg działań prowadzących do marginalizacji organizacji krytycznych wobec władzy.

Łubudubu niech nam żyje prezes naszego klubu…

W relacjach fotograficznych z ostatnich obchodów widoczna była też grupa działaczy lokalnych organizacji i osób publicznych, które nie poparły protestów i dziś dystansują się od Fundacji KEDYW. Ich obecność oraz sposób ich eksponowania w materiałach medialnych tworzą obraz o wyraźnie groteskowym charakterze — szczególnie w zestawieniu z wcześniejszymi publicznymi stanowiskami. Nie jest to jednak wyłącznie kwestia indywidualnych postaw.

W warunkach silnej zależności instytucjonalnej od samorządu — który kontroluje znaczącą część obiegu informacji, patronatów, zaproszeń i finansowania wydarzeń publicznych — relacje pomiędzy władzą a częścią organizacji przyjmują charakter klientelistyczny. Obecność w oficjalnych obchodach przestaje być jedynie aktem uczestnictwa w życiu społecznym, a staje się również sygnałem ustawienia się wobec dominującej narracji lokalnego ośrodka władzy. W tym sensie widoczna zmiana postaw części uczestników ma charakter nie tylko symboliczny, ale i systemowy.

W efekcie utrwalił się nowy układ, w którym lojalność symboliczna staje się warunkiem widoczności w przestrzeni publicznej, a brak wpisania się w oficjalną narrację prowadzi do marginalizacji jak to spotkało Fundację KEDYW.

Relacja Starostwa Powiatowego z Facebooku, którą powielały niektóre media.

Jeden słuszny przekaz, reszta persona non grata

A przecież pamięć o żołnierzach Armii Krajowej nie jest własnością magistratu ani żadnej partii politycznej czy organizacji. Należy do rodzin poległych, mieszkańców oraz środowisk, które od dekad pielęgnują etos polskiego podziemia niepodległościowego.

Problem w Stalowej Woli nie sprowadza się już wyłącznie do jakości lokalnych mediów. Dotyczy szerszego zjawiska: kształtowania systemu pamięci historycznej, w którym widoczność społeczna i medialna staje się w dużej mierze funkcją relacji z lokalnym ośrodkiem władzy. W takim układzie jedne środowiska są systematycznie eksponowane, inne zaś równie konsekwentnie marginalizowane.

To powinno budzić refleksję nad kondycją lokalnej przestrzeni publicznej jako całości.

Warto się zastanowić czy to nadal wolna Polska, czy nie odradzają się mechanizmy znane z czasów PRL, w których pamięć i widoczność społeczna były podporządkowane aktualnej linii jedynej słusznej władzy.

Marek Wróblewski
prezes Fundacji KEDYW

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *