Tow. Zdzisław Malicki oprowadza po HSW I sekretarza KC PZPR tow. Edwarda Gierka, 1973 r. (fot. zbiory Fundacji KEDYW)
Historia PRL wciąż pozostaje w Polsce jednym z najostrzejszych pól sporu o pamięć zbiorową, odpowiedzialność i ocenę elit komunistycznego państwa. Szczególnie wyraźnie konflikt ten widoczny jest w miastach powstałych lub rozwiniętych w ramach socjalistycznej industrializacji – takich jak Stalowa Wola.
Tu duma z industrialnego sukcesu ściera się z polityczną naturą systemu, który ten sukces umożliwiał i kontrolował. Symbolicznie uosabia to postać towarzysza Zdzisława Malickiego (1928–2020), dyrektora naczelnego Huty Stalowa Wola w latach 1965–1982.
Propaganda zakładowa jako fundament mitu
Korzenie współczesnej narracji sięgają głęboko czasów PRL. Na łamach gazety „Socjalistyczne Tempo” (obecnie „Sztafeta”) – organu prasowego PZPR w HSW – publikowane były przez lata teksty w pełni wpisujące się w oficjalną linię komunistycznego państwa. Jednym z architektów tej narracji był redaktor Dionizy Garbacz, który pracował w ST w latach 1968-1981. W 1981 roku Garbacz awansował przez chwilę na redaktora naczelnego (wrócimy do tego niżej).

Na łamach Socjalistycznego Tempa w cyklu „Ludzie ♦ Lata ♦ Przemiany” Dionizy Garbacz publikował w tamtym czasie wywiady, które miały legitymizować monopol władzy partii PZPR poprzez sukcesy bytowe. W tekście „NOWE — to znaczy partia” posunął się do otwartej gloryfikacji PZPR jako jedynej siły postępu, podczas gdy przeciwników systemu – często ludzi walczących o elementarną wolność – określił mianem „reakcyjnego podziemia, które zabijało zza węgła”.



Malicki i manipulacja „genem COP”
Kulminacja propagandowej kreacji nastąpiła w 1982 roku, przy okazji odejścia Zdzisława Malickiego na emeryturę ze stanowiska dyrektora HSW (od tej pory poświęcił się w pełni PZPR jako poseł na sejm PRL). W artykule pt. „Wicepremier Kwiatkowski i dyrektor Malicki głównymi twórcami Stalowej Woli” Socjalistyczne Tempo dokonało historycznego nadużycia, stawiając dyrektora z nadania PZPR na równi z Eugeniuszem Kwiatkowskim.
Był to zabieg celowy: wówczas komunistyczne władze poprzez swój organ propagandowy rozpoczęły proces „chrzczenia” socjalistycznego dyrektora etosem II Rzeczypospolitej i Centralnego Okręgu Przemysłowego. Celowa manipulacja miała wywindować Malickiego do poziomu twórcy COP. Takie zrównanie było historycznym absurdem, bo podczas gdy Kwiatkowski budował fundamenty podmiotowości gospodarczej niepodległego państwa, Malicki zarządzał gigantem w pełni wprzęgniętym w ramy gospodarki nakazowo-rozdzielczej, której nadrzędnym celem była obsługa potencjału militarnego Układu Warszawskiego. Więc przedstawienie go jako wizjonera oderwanego od politycznego podłoża pozwalało ukryć fakt, że jego kariera była nierozerwalnie związana z nomenklaturowym systemem awansów Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR).

Chwila refleksji?
Jeszcze w 1981 roku, na fali odwilży, redaktor Dionizy Garbacz potrafił zdobyć się na szczerość i sporo refleksji. W artykule „Mocarstwowa Huta” bezlitośnie punktował koszty ery Malickiego. Pisał o „hurraoptymizmie” dyrekcji HSW, który przesłaniał realną biedę robotników, o „pustych portfelach” i „pustych sklepach”. Zauważał trafnie, że podczas gdy Malicki stawiał monumentalne nowe hale, stare odlewnie „zipały”, a techniczne ekstrema sąsiadowały z ręcznym prostowaniem blach.
Dionizy Garbacz pytał wówczas retorycznie: „Czy potrzebna nam Huta mocarstwowa?”, sugerując, że zamiast mocarstwowych ambicji dyrekcji, ludziom potrzebna jest po prostu bezpieczna i godziwa praca.
Od rozliczenia do powrotu hagiografii
Tuż po wprowadzeniu stanu wojennego Dionizy Garbacz sam doświadczył represji ze strony systemu, którego narrację wcześniej współtworzył jako dziennikarz komunistycznej prasy. Za dołączenie do „Solidarności” został internowany i zwolniony z Socjalistycznego Tempa, co w III RP pozwoliło mu na nowo zdefiniować swoją karierę jako regionalisty dokumentującego historyczne dzieje miasta i Solidarności.
Wydawało się, że proces własnej rehabilitacji oraz historycznego rozliczenia utopijnej władzy PZPR Dionizy Garbacz finalnie dopełnił w 2016 roku w artykule „Droga do upadku”, gdzie pisał wprost o totalnej dominacji PZPR nad każdą sferą życia miasta i jej finalnym upadku. Garbacz nigdy w swoich współczesnych artykułach nie przyznał się do własnych błędów młodości, ale robił wrażenie, że zrozumiał jak PZPR i jej organy propagandowe manipulowały wszystkim w czasach PRL.
Szczyt apoteozy
Jednak rok 2023 przyniósł znów zaskakujący powrót do dawnej narracji u redaktora Garbacza. W książce „Malicki – człowiek Stalowej Woli” (Wydawnictwo Sztafeta) autor powrócił do tonu bliskiego dawnej hagiografii. Członkostwo Malickiego w Egzekutywie KW PZPR i jego działalność poselska zostały potraktowane jako nieistotny detal, a nie jako fundament jego pozycji w systemie władzy. Autor w książce wprost gloryfikującej Malickiego zdaje się całkowicie zapomniał o własnych diagnozach z 1981 roku, zamieniając dawną krytykę „mocarstwowej pompy” w bezkrytyczny podziw dla wielkiego „wizjonera”.

Kwiatkowski vs Malicki: Majstersztyk manipulacji
Przez jakiś czas wydawało się, że kulminacja propagandowej kreacji skończyła się z upadkiem komunizmu w 1989 roki i że pogrzebany był mit Malickiego jako „wielkiego budowniczego” Stalowej Woli. Niestety, z braku dekomunizacji III RP i odcięcia pępowiny oddziaływania postkomunistycznych elit, ten współczesny renesans odrodził się na nowo. Dziś znów widzimy to w książce Dionizego Garbacza powyżej czy na tablicy pamiątkowej przy ulicy Malickiego, na której widnieje kuriozalne sformułowanie z podtekstem, jakoby ulica Malickiego „łączyła drogi COP i Solidarności”. To majstersztyk manipulacji słownej wprost wyciągnięty z czasów PRL, mający na celu wpisanie dyrektora z nadania PZPR w ciąg wielkich polskich tradycji narodowych wolnej Polski.
Współczesne postawienie Zdzisława Malickiego obok Eugeniusza Kwiatkowskiego jest kolejnym historycznym nadużyciem obecnej władzy Stalowej Woli. Przypominam: Kwiatkowski tworząc COP budował podwaliny suwerennego bytu państwowego II Rzeczpospolitej. Malicki natomiast działał w ramach gospodarki nakazowo-rozdzielczej komunistycznej PRL całkowicie podległej Moskwie. Huta Stalowa Wola pod rządami PZPR była kluczowym ogniwem przemysłu zbrojeniowego Układu Warszawskiego. Zrównywanie więc budowniczego wolnej Polski z dyrektorem realizującym strategiczne interesy radzieckiej strefy wpływów, ma jedynie na celu „ochrzczenie” reżimowego systemu władzy prestiżem przedwojennej elity. Ten grzech manipulacji obecnej władzy nie może być przemilczany a tym bardziej zapomniany.

Poseł PZPR przeciwko Solidarności
Największa hipokryzja dzisiejszych obrońców Malickiego kryje się w przemilczaniu jego bezpośredniej roli politycznej w tłumieniu polskiej wolności. Jako poseł na Sejm PRL VIII kadencji z ramienia PZPR, Zdzisław Malicki nie był jedynie „technokratą”. Brał aktywny udział w kluczowych głosowaniach, które uderzyły w walczący o wolność naród: w 1982 r. podniósł rękę za zatwierdzeniem dekretów o stanie wojennym oraz za ustawą, która zdelegalizowała NSZZ „Solidarność”.
Więc twierdzenie dziś, jakoby ulica jego imienia historycznie łączyła drogę Solidarności z COP, jest bolesnym paradoksem i obrazą dla tysięcy hutników, którzy w 1980 roku dołączyli do NSZZ „Solidarność” i cierpieli represje z rąk systemu, który Malicki osobiście legitymizował swoim poselskim głosem. Nie można być jednocześnie „opatrznościowym dyrektorem” dbającym o załogę i politycznym mocodawcą struktur niszczących niezależny związek zawodowy.
Lucjusz Nadbereżny i kontynuacja renesansu „propagandy sukcesu”
Dziś głównym kustoszem wybiórczej pamięci i manipulacji jest prezydent Stalowej Woli Lucjusz Nadbereżny (PiS) i wtórujące mu gremium postkomunistów, wspierane przez radnych miejskich, którzy bezkrytycznie firmują swoim głosem wszystko co serwuje prezydent. Od śmierci Malickiego w 2020 roku prezydent konsekwentnie kreuje obraz – jak to sam nazwał „opatrznościowego dyrektora”, ignorując twarde dane historyczne.
Mimo jednoznacznej opinii Instytutu Pamięci Narodowej z 2021 roku, która wskazała, że Malicki swoją działalnością w strukturach partyjnych aktywnie afirmował totalitarny ustrój PRL, prezydent zdecydował się wejść w rolę arbitra prawdy historycznej, uznając stanowisko IPN za „nieobowiązującą opinię”.
Podczas uroczystości odsłonięcia ulicy i tablicy w 2023 roku Nadbereżny apelował o stawianie Malickiego „na piedestale” jako wzoru do naśladowania. To niebezpieczny precedens: prezydent młodego pokolenia nie znający realiów komunistycznej władzy, stosując retorykę żywcem wyjętą z PRL, wysyła sygnał mieszkańcom, że sukces technokratyczny w pełni rozgrzesza z politycznej służebności wobec niedemokratycznego systemu władzy.

Czyj zatem był sukces?
Przedstawianie Malickiego przez prezydenta Nadbereżnego wyłącznie jako „dobrego gospodarza” jest klasycznym powtórzeniem modelu legitymizacji elit komunistycznych: „budowali drogi i fabryki, więc system nie był taki zły”. To logiczna pułapka, która zamazuje różnicę między autentycznym rozwojem a kolonialną modernizacją podporządkowaną interesom bloku sowieckiego.
Warto jednak zauważyć, że oficjalny wizerunek Malickiego jako nieomylnego wizjonera nie do końca pokrywa się z archiwalnymi źródłami. W jednym z numerów „Socjalistycznego Tempa” wspomniano, że dyrektor Zdzisław Malicki miał pewne wątpliwości co do narzuconej przez RWPG specjalizacji Huty w produkcji maszyn budowlanych (zamiast górniczych). Decyzja ta była polityczna, a nie wynikiem czysto ekonomicznej analizy na poziomie zakładu.
Ostatecznie produkcja maszyn budowlanych przyniosła Hucie sukces eksportowy i technologiczny – co propaganda skrzętnie wykorzystywała. Jednak sam fakt, że dyrektor naczelny miał wątpliwości wobec kluczowej decyzji strategicznej, pokazuje rzeczywistą pozycję Malickiego: był nie tyle autonomicznym wizjonerem, ile lojalnym wykonawcą poleceń centrali partyjno-państwowej. Gdyby partia posłuchała jego wątpliwości, kierunek rozwoju Huty mógłby być inny – być może mniej spektakularny.

Czy można oddzielić menedżera od funkcjonariusza?
Kluczowe pytanie brzmi: czy sukces HSW był możliwy „pomimo” systemu? Odpowiedzi udzielił sam Zdzisław Malicki w jednym z wywiadów prasowych, ucinając spekulacje o swojej rzekomej niezależności. Pytany o „pokerowe decyzje” i rozbudowę zakładu, przyznał szczerze: „Najwyższe władze państwowe podjęły decyzję o zmianie profilu produkcyjnego w naszym zakładzie”. To nie „geniusz dyrektora”, a partyjne wytyczne z Warszawy kształtowały HSW.
Współczesna propaganda medialna być może pod wpływem władzy próbuje dziś znów kreować Malickiego na samotnego lidera, nie wiedząc o tym, co on sam uznawał za fundament sukcesu. W Socjalistycznym Tempie z okresu PRL podkreślano, że „bezsporny jest udział instancji partyjnej w przełamywaniu trudności”. Kierowanie strategicznym zakładem zbrojeniowym przez 17 lat nie było więc funkcją techniczną, lecz ściśle polityczną misją zaufania. Huta nie była autonomiczną wyspą, lecz ogniwem w łańcuchu zależności od PZPR i ściślej Moskwy, a dyrektor musiał być gwarantem lojalności załogi wobec partii.

Jedynie prawda jest ciekawa
Dzisiejszy spór o Malickiego nie jest więc wyłącznie sporem o jednego dyrektora HSW. Jest sporem o to, czy propaganda sukcesu komunistycznej PRL ma nadal kształtować pamięć historyczną kolejnych pokoleń mieszkańców Stalowej Woli.
Uczciwa pamięć historyczna nie wymaga wyburzania pomników industrializacji ani negowania talentów organizacyjnych Zdzisława Malickiego. Wymaga jednak odwagi, by powiedzieć, że był on postacią tragiczną i niejednoznaczną – sprawnym administratorem, który jednocześnie dobrowolnie stał się trybem w maszynie komunistycznego zniewolenia.
Dopóki lokalne władze i medialne „elity” będą serwować mieszkańcom „wybiórczo białą” historię, spór o Malickiego nie wygaśnie. Prawdziwy szacunek dla tradycji Stalowej Woli można zbudować tylko na prawdzie, a nie na liftingu peerelowskiej propagandy. Bo, jak pisał Józef Mackiewicz, „jedynie prawda jest ciekawa” – i tylko ona ma moc budowania trwałej tożsamości.
Marek Wróblewski
prezes Fundacji KEDYW



