I Sekretarz KC PZPR Edward Gierek i tow. Zdzisław Malicki podczas obchodu Huty Stalowa Wola w 1973 r. (fot. Fundacja KEDYW)
Mówią o nim: „budowniczy potęgi Stalowej Woli”, „wizjonerski dyrektor”, „pragmatyczny technokrata”. Od lat w lokalnej narracji próbuje się surowo rozgraniczyć dwie twarze Zdzisława Malickiego: z jednej strony osłoniętego nimbem geniuszu sprawnego menedżera, pod którego wodzą Huta Stalowa Wola miała wkroczyć do czołówki przemysłowej, a miasto przez to miało przeżywać bezprecedensowy rozkwit – z drugiej zaś posła na Sejm PRL z ramienia PZPR, wspierającego fatalne decyzje partyjnej góry.
Fundacja KEDYW od blisko 3 lat nieustannie punktuje historyczną manipulację związaną z budowaniem legendy Malickiego, obnażając mechanizmy budowania wygodnej narracji, w której pomija się komunistyczną przeszłość bohatera obecnych władz. Sprawa wykracza jednak poza samą dekomunizację przestrzeni miejskiej czy spór o paragrafy. Dotyka fundamentalnego pytania o ekonomiczny i moralny sens tzw. dekady gierkowskiej.
Czy człowiek, który przewodził przemysłowemu gigantowi rozwijanemu w ramach systemu opartego na zagranicznych kredytach, rzeczywiście zbudował trwały sukces? Czy też był przede wszystkim sprawnym zarządcą wielkiego przedsięwzięcia, którego rozwój w znacznym stopniu finansowano za pożyczone pieniądze, a którego słabości ujawniły się wraz z załamaniem całego systemu?
Mit pierwszy: rozwój opłacony kredytem
Przekaz o „złotych latach 70.” w Stalowej Woli opiera się na prostym sentymencie: powstały nowe osiedla, do HSW sprowadzono zachodnie technologie i licencje, z taśm zjeżdżały ciężkie maszyny budowlane i sprzęt zbrojeniowy, a miasto stawało się prężnym ośrodkiem przemysłowym. Malicki jawi się w tej opowieści nieustannie jako niezłomny architekt tego sukcesu.
Problem w tym, że w gospodarce centralnie planowanej żaden dyrektor państwowego kombinatu nie był niezależnym przedsiębiorcą. Rozwój HSW był częścią wielkiego eksperymentu gospodarczego Edwarda Gierka. Polska otworzyła się na zachodnie technologie i rozpoczęła ogromny program inwestycyjny, finansując go w znacznej mierze zagranicznymi kredytami. Za pożyczone dewizy kupowano technologie, licencje, maszyny, komponenty i surowce, licząc na to, że modernizacja gospodarki szybko zwiększy jej zdolność eksportową i pozwoli spłacić zaciągnięte zobowiązania.
Problemem nie było więc samo zaciąganie kredytów. Kredyt może być narzędziem rozwoju, jeżeli finansuje inwestycje zwiększające przyszłe dochody i zdolność do jego obsługi. Problem polegał na tym, że gierkowski model nie wytworzył wystarczającej zdolności do generowania dewiz potrzebnych do spłaty zagranicznego zadłużenia.
Także rozwój Huty Stalowa Wola należy widzieć w tym szerszym kontekście. Nie był on wyłącznie rezultatem geniuszu jednego dyrektora. Był częścią centralnie sterowanego programu industrializacji, który wymagał ogromnego importu z krajów zachodnich i stałego dopływu walut wymienialnych.
Dopóki kredyt i import pozwalały utrzymywać tempo inwestycji, efekt był imponujący. Nowe hale, technologie i maszyny tworzyły obraz dynamicznie rozwijającego się przemysłu. Kiedy jednak możliwości dalszego zadłużania zaczęły się kończyć, ujawniły się słabości całej konstrukcji.
Zderzenie ze ścianą: załamanie systemu i stan wojenny
Przełom lat 70. i 80. dobitnie pokazał, jak nietrwały był ten model. Narastający kryzys płatniczy ograniczył możliwość importowania zachodnich komponentów, surowców i technologii. Gospodarka coraz boleśniej odczuwała brak dewiz, a państwo musiało jednocześnie obsługiwać ogromne zagraniczne zadłużenie.
W takich warunkach nawet najnowocześniejsze inwestycje nie mogły funkcjonować tak, jak zakładano. Fabryka może posiadać nowoczesne licencje i maszyny, ale jeżeli brakuje surowców, części zamiennych i środków na import, sama technologia nie zapewni trwałego sukcesu.
Efektem gierkowskiej „modernizacji” nie okazała się więc stabilna gospodarka zdolna do samodzielnego finansowania własnego rozwoju. Polska weszła w lata 80. z ogromnym zadłużeniem zagranicznym, narastającym kryzysem zaopatrzeniowym, niedoborami i coraz głębszą niewydolnością systemu gospodarczego.
To właśnie wtedy runął mit o gospodarczym cudzie. Rozwój finansowany kredytem okazał się konstrukcją znacznie mniej trwałą, niż przedstawiała to propaganda sukcesu.
Zamiast przeprowadzić rzeczywistą reformę systemu gospodarczego, komunistyczna władza sięgnęła po rozwiązanie polityczne i siłowe. Wobec narastającego kryzysu gospodarczego i napięć społecznych 13 grudnia 1981 roku wprowadziła stan wojenny.
Zdzisław Malicki nie znalazł się wówczas poza systemem, który doprowadził państwo do tego kryzysu. Jako poseł na Sejm PRL z ramienia PZPR uczestniczył w pracach parlamentu i głosowaniach dotyczących decyzji władz komunistycznych. W październiku 1982 roku brał udział w głosowaniu nad ustawą o związkach zawodowych, która doprowadziła do delegalizacji „Solidarności”. Nie był więc jedynie dyrektorem stojącym z boku wielkiej polityki. Był również członkiem aparatu politycznego państwa, które najpierw doprowadziło gospodarkę do głębokiego kryzysu, a następnie próbowało utrzymać system przy użyciu represji.
Z Huty do politycznej emerytury
Jest jeszcze jeden element tej historii, o którym lokalna legenda wyjątkowo niechętnie przypomina. W 1982 roku, a więc w samym środku największego kryzysu gospodarczego PRL i już po wprowadzeniu stanu wojennego, Zdzisław Malicki odszedł z Huty Stalowa Wola na przedwczesną emeryturę.
Trudno nie zauważyć wymownej chronologii. Człowiek przedstawiany dziś jako symbol największego rozwoju HSW przestał kierować zakładem właśnie wtedy, gdy gierkowski model gospodarczy zderzył się z rzeczywistością, a jego konsekwencje zaczęły uderzać w polski przemysł. Odpowiedzialność za funkcjonowanie Huty przejęli inni, a Malicki zniknął z jej dyrektorskiego kierownictwa umywając ręce z odpowiedzialności za kryzys.
Nie zniknął jednak z życia publicznego i politycznego. Nadal był posłem na Sejm PRL. Jego mandat trwał do 1985 roku, czyli jeszcze trzy lata po odejściu z HSW. Nie przeszedł na polityczną emeryturę, pozostał członkiem komunistycznego parlamentu i uczestniczył w życiu politycznym państwa, które właśnie próbowało siłą utrzymać rozpadający się system.
To ważne, bo współczesna legenda Malickiego pozwala niemal całkowicie oddzielić jego nazwisko od kryzysu HSW i późniejszego załamania PRL. W tej opowieści zapamiętany zostaje przede wszystkim dyrektor z okresu rozbudowy zakładu. Nikt nie wspomina, że kiedy system zaczął się rozpadać, Malicki uciekł z HSW pozostając jedynie politycznym reprezentantem władzy odpowiedzialnej za Zakład.
Nie trzeba przypisywać mu intencji, których nie sposób dziś udowodnić, aby dostrzec polityczną wymowę tej sytuacji. Faktem jest, że odszedł z kierowania Hutą w 1982 roku, lecz mandat poselski zachował aż do 1985 roku. Faktem jest również, że po odejściu z HSW i po upadku komuny nadal pozostawał aktywny zawodowo – kierował m.in. polsko-ukraińską spółką „Ukpol”, a później pracował w prywatnej firmie „East-West”, pokazując że nie zamierzał rezygnować z pracy w przemyśle.
Pułapka „dobrego gospodarza”
Dlaczego zatem wizerunek Malickiego jako „dobroczyńcy miasta” wciąż funkcjonuje w świadomości części mieszkańców?
Odpowiedź tkwi między innymi w perspektywie mikro. Ludzie pamiętają to, co było namacalne: nowe mieszkanie, osiedle, przedszkole, szkołę, krytą pływalnię czy stabilny etat w hucie. Dla przeciętnego mieszkańca Stalowej Woli źródło pieniędzy finansujących te inwestycje było niewidoczne. Nie widział zagranicznych zobowiązań państwa, bilansu płatniczego ani mechanizmów finansowania gierkowskiej modernizacji. Widział za to nowe bloki, drogi i rozwijającą się hutę.
Dyrektor, który przywoził z Warszawy decyzje o kolejnych inwestycjach, mógł więc z łatwością stać się lokalnym symbolem gospodarności.
Tyle że pamięć o tym, co powstało, nie odpowiada jeszcze na najważniejsze pytanie: jakim kosztem to powstało?
Nie można oceniać gierkowskiego modelu wyłącznie przez pryzmat nowych osiedli, hal fabrycznych i kupionych na Zachodzie licencji. Trzeba uwzględnić również rachunek, który wystawiono całemu państwu: ogromne zadłużenie zagraniczne, niewydolność gospodarki, kryzys zaopatrzeniowy, inflację i konieczność przeprowadzenia bolesnych zmian po upadku PRL.
Zdzisław Malicki nie był zatem prywatnym inwestorem, który ryzykował własnym kapitałem. Był zarządcą państwowego majątku, funkcjonującym w ramach systemu podporządkowanego decyzjom komunistycznej PZPR. Osiągnięcia HSW z okresu jego dyrektorowania były rzeczywiste – ale nie można przedstawiać ich jako dowodu na trwały sukces modelu gospodarczego, którego był częścią.
Sukces na kredyt
Największym problemem lokalnego mitu nie jest to, że przypomina się inwestycje z czasów Malickiego. Problem zaczyna się wtedy, gdy z faktu, że coś zbudowano, wyprowadza się wniosek, że system był gospodarczo skuteczny, a jego zarządcy zasługują na bezkrytyczny podziw.
W przypadku dekady gierkowskiej trzeba pamiętać o najważniejszym: część imponującego rozwoju przypisywanego Malickiemu została kupiona za pieniądze, których Polska nie potrafiła wypracować na tyle, aby bez większych konsekwencji spłacić zaciągnięte zobowiązania.
To właśnie dlatego obraz „złotych lat 70.” jest tak zwodniczy. Wspominanie nowych mieszkań, inwestycji i zachodnich technologii jest prawdziwe. Fałszywy jest natomiast wniosek, że skoro te rzeczy powstały, to cały model gospodarczy okazał się sukcesem.
Czas na prawdę bez mitologii
Próby wybielania postaci Zdzisława Malickiego i budowania mu pomników pod pretekstem „zasług dla rozwoju przemysłu” są w istocie próbą utrwalania wygodnej wersji historii. W tej narracji można zachować wszystkie pozytywne wspomnienia związane z rozwojem Stalowej Woli, jednocześnie odsuwając na bok niewygodne fakty, takie jak choćby przynależność ich bohatera do PZPR i jego mandat poselski w komunistycznym państwie.
Budowanie wokół niego wizerunku „pragmatycznego gospodarza”, „obrońcy robotników” czy wręcz cichego sprzymierzeńca opozycji rozmywa odpowiedzialność za system, którego był częścią.
Nie chodzi przy tym o zaprzeczanie temu, że w czasach Malickiego powstały w Stalowej Woli rzeczy ważne i potrzebne. Chodzi o coś znacznie prostszego: o odmowę zamieniania inwestycji finansowanych w ramach gierkowskiego modelu gospodarczego w legendę o geniuszu jednego człowieka.
Zdzisław Malicki mógł być sprawnym dyrektorem. Huta Stalowa Wola mogła się rozwijać. Stalowa Wola mogła w latach 70. otrzymywać nowe osiedla i infrastrukturę. Wszystkie te fakty mogą być prawdziwe jednocześnie z tym, że gospodarczy model PRL okazał się niewydolny, a jego rachunek kolejne pokolenia Polaków spłacały przez dziesięciolecia, również długo po upadku PRL.
Dlatego czas najwyższy wreszcie oddzielić faktyczny rozwój Stalowej Woli od mitu o genialnym gospodarzu.
Malicki nie pozostawił po sobie wyłącznie historii inwestycji i rozbudowy Huty. Pozostawił również część większej historii systemu, który przez lata kupował społeczne poparcie za pożyczone pieniądze, a gdy kredytowa konstrukcja zaczęła się rozpadać, odpowiedział na kryzys nie reformą, lecz represją.
1050 dni mitu
15 sierpnia mija dokładnie 1050 dni od odsłonięcia ulicy i pomnika poświęconych tow. Zdzisławowi Malickiemu. To 1050 dni budowania fikcyjnego mitu „wybitnego gospodarza”, wybielania komunistycznej przeszłości aparatczyka i manipulowania historią najnowszą Stalowej Woli.
Przez ten czas zamiast rzetelnej oceny dorobku Malickiego otrzymujemy kolejne próby przedstawiania go jako bezinteresownego budowniczego potęgi miasta, oderwanego od systemu politycznego i gospodarczego, którego był częścią. Tymczasem historia nie potrzebuje pomników budowanych na sentymencie, przemilczeniach i politycznej wygodzie.
Najwyższy już czas, by władze Stalowej Woli, z prezydentem Lucjuszem Nadbereżnym na czele, przyznały się do tego fatalnego błędu, przeprosiły mieszkańców i usunęły z przestrzeni miasta ten kłamliwy pomnik służący do podtrzymywania PRL-owskiej narracji.
1050 dni to wystarczająco długo, by powiedzieć jasno: Stalowa Wola nie potrzebuje mitu gierkowskiego gospodarza. Potrzebuje prawdy o swojej historii.
Marek Wróblewski
prezes Fundacji KEDYW

